mapa europy
English French German Russian Spanish
Strona Główna Chiny Rozmowy polsko-chińskie
Rozmowy polsko-chińskie
Czwartek, 04 Marzec 2010 06:59

Huby, grzyby i inne - wszystko zasuszone Do Kantonu przyjeżdżam po raz pierwszy. Słyszałem o nim dużo – świetna kuchnia, język kantoński wzbogacony o kolejne trzy tony w stosunku do TYLKO czterech mandaryńskich czy w końcu kolonialne pozostałości w postaci budynków i świątyń. Zaskoczyło mnie jednak co innego z czego nie zdawałem sobie do końca sprawy.

Wysiedliśmy z pociągu jadącego z Xiamen wymięci jak rzadko. Strasznie nam się źle jechało choć ten 30-kilkugodzinny hardseat’er niczym się nie różnił od innych chińskich pociągów. Po wyjściu na ulicę stwierdziliśmy ucieszeni, iż jest tutaj ciepło, a nawet gorąco. Po raz pierwszy od Gilgit rozbieramy się do krótkich koszulek, co jak się potem okazało było zgubne.

Wsiedliśmy w metro i podjechaliśmy do wyspy Shamian – za czasów kolonialnych ostoja Francuzów i Brytyjczyków, dziś typowo willowa dzielnica z podobno najtańszym noclegiem w mieście. Szukamy czegoś co wyglądałoby jak hostel. Wymięci, niewyspani, spoceni i ogólnie w słabej kondycji psychofizycznej. Nagle oczom mym ukazuje się flaga. Biało-czerwona flaga. „Mam omamy. Na prawdę jest ze mną źle” – pomyślałem. Kilka sekund później Alicja, która była tuż przede mną mówi: „Patrz – Kraków na zdjęciach!” „Zwariowaliśmy oboje. Przynajmniej nie jestem sam” – myślę. Chwilę potem uprzytomniliśmy sobie, że w Kantonie miał być Konsulat RP i był :) Jak się okazało, nasz hostel prawie po sąsiedzku z „polską ziemią”, jednak nie zmienia to faktu, że ceny taniego hostelu nas przygniotły. – 60Y za łóżko w dormitory. Słyszałem, że noclegi w Kantonie są drogie, ale żeby aż tak? Tak drogo jeszcze nigdzie nie było, ale wyboru za bardzo nie mieliśmy. Wszystko inne, co nam znane (czyt. wymienione w przewodniku) jeszcze droższe. Hoteli na pewno jest w mieście sporo, ale trzeba ich poszukać na spokojnie bez plecaków. Poza tym nie mamy siły, żeby szukać innego. Decydujemy więc zostać jedną noc w tym „tanim” hostelu, a w między czasie poszukać czegoś innego. Jest około 8 rano, więc kładziemy się na 3 godzinki do łóżek, żeby trochę nabrać sił.

Moim głównym motywem, aby przyjechać do Kantonu była kuchnia. Kuchnia kantońska, o której słyszałem dużo... i głownie były to ekstremalne historie. Do opowieści pt. gotowane koty i wróble już przywykłem. Nie Miały być do zjedzenia, a były tylko do udomowienia ukrywam, że miałem ochotę na coś innego – na „myszkę trzy krzyki”. Jak słyszałem od osoby, podobno na temacie się znającej, potrawę wspomnianą można zjeść właśnie w Kantonie. Skąd jej nazwa? Myszka ta jest oczywiście zjadana i wydaje ona włąsnie trzy krzyki – pierwszy, gdy łapiemy ją w pałeczki, drugi gdy wkładamy ją do gorącego sosu, a trzeci gdy ją połykamy. Moja wyobraźnia bardzo barwnie przedstawia tę potrawę, więc chciałem sprawdzić, czy to faktycznie prawda, czy tylko jedna z bajek na temat Chin. Udaliśmy się więc w miejsce, które w Kantonie miało być siedliskiem różnego rodzaju dziwnych restauracji kantońskich oraz przypraw z przedziwnych rzeczy. Poszukiwania trwały długo i spaliły na panewce. Powiem więcej, nawet nie znalazłem psa na rożnie czy wróbli tudzież innych ptaków niedomowych. 1:0 dla Kantonu pomyślałem i byłem trochę rozczarowany.

Bardzo natomiast zaskoczyła nas ogromna ilość suszonych grzybów i hub, które podobno wnoszą sporo do kuchni kantońskiej. Jeszcze jednym ciekawym akcentem były suszone węże, jaszczurki etc. Mimo, iż wyglądało to ciekawie, to jednak za bardzo nie pachniało i nie wiadomo co by z tym można było zrobić. Poza tym lepiej już sobie kupić wódkę wężową niż suszonego węża, bo co z takim zrobić? Kruszyć codziennie po trochu do zupki chińskiej? No w sumie można...

Wracając z tej dzielnicy zaczęliśmy szukać jakiegoś tańszego hotelu. Po dwóch próbach nic taniego się nie znalazło. Ceny zaczynały się od 130Y za dwójkę. Zdecydowanie za dużo i wcale nie taniej. Za trzecim podejściem trafiliśmy na typowo chiński hotel. Udało się wynegocjować 100Y za dwójkę i podobno wi-fi w cenie. Jest to już jakiś postęp i daje nam to 20Y różnicy do naszego „taniego” dormitory. Mając już coś w odwodzie zaczęliśmy grać va banque i bez pardonu atakować granicę 80Y. Czwarty hotel – nawet nie było rozmowy. Za to w piątym Chinka wyskoczyła od 130Y, szybko zeszliśmy do 90Y i na koniec zostawiliśmy sobie ostatni atut. „A może da nam Pani za 80Y, jak zostaniemy dłużej niż dwie nocy” – zapytaliśmy.. Wykonany przez nią telefon przyniósł odmowną odpowiedź. Został więc ostatni manewr – wyjście z hotelu bez akceptacji jej ceny. Zatrzymała nas. Jest za 80Y – to na prawdę całkiem niezła cena jak na Kanton, co więcej pokój był z własną łazienką i dostępem do Intenetu, który jak się potem okazało pozwolił mi w przeciągu chwili wrzucić dużo zdjęć i wszystkie filmiki na stronę. Czegoś takiego szukaliśmy. Pierwszy z 6 dni spędzonych w Kantonie właśnie się kończył.

Nad ranem dnia drugiego zebraliśmy się szybko i w związku ze zmianą noclegu i opuszczeniem wyspy Shamian postanowiliśmy pochodzić sobie właśnie między willowymi, pokolonialnymi budynkami wysepki. Dużo zieleni, architektura trochę podobna do wyspy Gulangyu w Xiamen, ładny kościółek, pod którym oczywiście cztery sesje zdjęciowe na raz, co chwilę zamieniały się miejscami. Dało mi to kolejną okazję  ku temu, aby popstrykać trochę zdjęć chińskim młodym parom, o czym było w poprzednim odcinku. Do tego ładna pogoda. W końcu mocne ciepłe słońce, którego tak bardzo nam brakowało od wyjazdu z prowincji Xinjiang. Ta część Kantonu zrobiła na nas pozytywne wrażenie i jeśli ktoś lubi takie klimaty, to zdecydowanie polecam Kanton do odwiedzenia.

Po południu przyszedł czas na bardziej lokalne atrakcje – kantońskie świątynie i parki, które były zaznaczone w przewodniku. Podkreślam to specjalnie, gdyż dnia następnego chiński kolega, którego poznałem w Świątynia 400 Buddów - najfajniejsza w Chinach wschodnich nowym hotelu, zaprowadził nas do świątyni, o której przewodnik nie wspomina ani słowem, a Internet milczy – Świątynia 400 Buddów. Poszliśmy do niej wraz z nim, bo tylko to gwarantowało odnalezienie jej bez mapy. Już od początku, gdy przekroczyliśmy bramę, coś mi nie pasowało. Nie wiedziałem do końca o co chodzi, ale temat zostawiłem. Weszliśmy do głównego pawilonu i zatkało mnie. Faktycznie 400 posągów Buddy w rozmaitych pozycjach i z różnymi akcesoriami. Jeden śmiejący się, inny pochmurny, a kolejny zaś zupełnie zamyślony. Wszystkie jakieś inne. Nie takie kiczowate, jak to często bywa. Starannie dopracowane i utrzymane w tej samej tonacji kolorów. Do tego spokój w świątyni, delikatnie sącząca się muzyka i zapach kadzideł sprawiały, że atmosfera była wyjątkowa. Jakoś tak inaczej tutaj było od inny świątyń buddyjskich, które do tej pory widziałem w Chinach. Ta zdecydowanie była najfajniejsza.

Po dłuższej analizie doszedłem w końcu do pewnych przemyśleń. Świątynia ta nie była zamieszczona w przewodniku = zero turystów. Po drugie, nikt nie pobierał opłaty za wstęp, co przy tego rodzaju atrakcjach w Chinach jest wręcz nie do pomyślenia. Zawsze kasują nawet 5-10Y i zdecydowanie tego mi „brakowało” przy wejściu do niej. Poza tym, nie kręcili się żadni mundurowi, co zwykle przy takich miejscach się zdarza. Dziwne to było miejsce i na swój sposób przez to dość wyjątkowe i tym samym zdecydowanie godne polecenia, o ile je znajdziecie.

Przy tej okazji z naszym nowym chińskim kolegą ucięliśmy sobie pogawędkę o ludziach jego wieku w Guangzhou, stosunku do religii i jeszcze jednej rzeczy. Jak mówi, wielu z nich nie ma nic przeciwko świątyniom zarówno buddyjskim, taoistycznym czy konfucjańskim. Sami jak i mój rozmówca, czasem w niewielki sposób identyfikują się, z którąś z tych religii, ale to jest dość płytkie. Zwykle ogranicza się do kupienia za 1-2Y kadzidełek tak przy okazji i zapalenie ich. Na tym się to kończy.
- My dziś nie mamy czasu na religię. Jest tyle ciekawszych rzeczy do robienia, no i trzeba z czegoś żyć. Każdy szuka więc pracy, a jak ją już znajdzie, to jej pilnuje, bo konkurencja spora. Wielu chce wskoczyć na czyjeś miejsce – mówi Zhao.
- A Ty co robisz i skąd znasz tak dobrze angielski? – pytam zainteresowany wywodami kolegi.
-Podstaw angielskiego nauczyłem się w szkolę, ale to było mało. Szkoła słaba, a poziom angielskiego jeszcze gorszy. Od 3 lat oglądam amerykańskie filmy bez dubbingu i z napisami w oryginale. To bardzo ułatwia naukę i tylko dzięki temu osiągnąłem swój cel i mogę teraz zarabiać pieniądze – odpowiada.
Widzę jednak, że nie chce za bardzo się przyznać, co robi, więc pytam jeszcze raz. W końcu pada odpowiedź i poznaje pewien sekret, który dotyczy turystów w Chinach:
- Nic szczególnego. Od czasu do czasu pracuję dla kilku firm jako tłumacz angielsko-chiński. Do Guangzhou przyjeżdża wielu obcokrajowców, aby nawiązać stosunki handlowe, więc potrzeba tłumaczy, ale konkurencja jest coraz większa. Tak na prawdę nie da się z tego wyżyć. Dorabiam więc stojąc pod dworcem pod dworcem i wyłapuję turystów polecając im jeden z zaprzyjaźnionych hoteli – odpowiada trochę przygaszony.
- A z turystów lepiej się żyje? Ile dają Ci hotele od jednego turysty? – dopytuje go dalej wyraźnie zainteresowany.
- Zwykle dostaję 100Y od pokoju – pada odpowiedź.
Zdziwiony jestem dość mocno, bo to sporo pieniędzy, choć biorąc pod uwagę ceny hoteli w Guangzhou, to można w to uwierzyć. Pytam jednak dalej:
- OK, to jaka jest umowa? Może i ja się załapię na taką prace, jak nam braknie pieniędzy – śmieję się do niego.
- Umowa jest prosta. Zwykle ceny noclegów w hotelach w Guangzhou zaczynają się od 100Y. Jeśli hotel nie wyciągnie z klienta więcej, na pierwsze dobie hotelowej nie zarabia nic. Jeśli wyciągnie 130Y, ja biorę 100Y z pierwszej doby, a  tylko 30Y jest dla hotelu. Dopiero z każdej następnej doby, o ile gość zostaje dłużej, hotel odrabia stratę i potem zarabia na czysto – odpowiada szczerze Zhao
- Ale to przecież ryzykowne. Wielu gości zostaje na jedną noc. Nie próbują uciąć coś z Twojej prowizji? – pytam zaskoczony.
- Raz próbowali, to zacząłem przyprowadzać klientów do innego hotelu. I na tym polu jest spora konkurencja, więc to akurat atut dla mnie. Pewnie widziałeś, że tu w okolicy hoteli jest mnóstwo – dostaję szybką ripostę.
- No tak, to prawda. Sam miałem spore pole do popisu i w końcu osiągnąłem stawkę, która mnie interesowała – mówię
- Hehe, szkoda że Was nie namierzyłem, to bym sobie zarobił coś, bo teraz turystów mniej. Nie ma sezonu. A ile płacicie? – śmieje się i nagle staje się szybko poważny.
- 80Y za dwójkę – mówię z nieukrywanym zadowoleniem.
- O! To chyba byłeś mocno zdesperowany, albo w hotelu pusto. Jakby mieli zajętą połowę pokoi to na pewno byś takiej ceny nie dostał – mówi szybko Zhao z pewną nutką fachowości w tonie głosu i kończy rozmowę.
- Muszę lecieć, dziewczyna na mnie czeka. Do jutra – żegna i oddala się pośpiesznie.

Tak właśnie poznaliśmy pewien sekret skrywany przed obcokrajowcami, a jak sobie zacząłem przypominać sytuację z hotelem np. w Pekinie, gdzie kobieta oderwała się od obiadu ze znajomymi, aby zaprowadzić nas do hotelu, wszystko ładnie ułożyło mi się w całość. Też zarabiała tak jak Zhao.

Tego samego wieczora zrobiliśmy z Alicją wielkie zakupy w Tesco, które pomógł nam pokazał Zhao. Był prawdziwy chleb, żółty ser, czyste białe mleko i inne frykasy, które dla Was są dniem powszednim, a dla nas rarytasem z najwyższej półki tylko od święta. Wtedy też doszła do mnie kolejna prawda – zaczynam lubić sieciówki i chyba od dziś będę inaczej patrzeć na Tesco, którego w Polsce staram się unikać faworyzując małe sklepiki osiedlowe. Punkt widzenia po raz kolejny zależy od punktu siedzenia.

Ciąg dalszy przygód z Guangzhou.

Obejrzyj  pełna galerię zdjęć z Guangzhou.

Dodaj do:

Deli.cio.us    Digg    reddit    Facebook    Wykop    Gwar
Komentarze (9)add comment

Ania Malinowska said:

...
stała się jasność! na nas tez tak zarobił Chińczyk w Xian i Chengdu.
 
marzec 04, 2010
Głosy: +0

Mara said:

...
takie triki w Indiach są na porządku dziennym. rikszarz wiezie cię do hotelu i dostaje swoją dolę, wprowadzi Cię do knajpy, dostaje kasę. Nawet w sklepie mu płacą za twoją wizytę. Rada: jeśli nie chcecie nic kupować a chcecie pomóc takiemu naganiaczowi się wzbogacić to nie wychodzcie wcześniej niż po 5 minutach ;)
 
marzec 12, 2010
Głosy: +0

Andrzej Budnik said:

...
Hehe, niezły patent Mara! Tylko co na to sklepikarz, jak będziemy wychodzić? ;)
 
marzec 13, 2010
Głosy: +0

Mara said:

...
no cóż, nie będzie zadowolony ale i tak będzie musiał opłacić naganiacza. takie mają zasady (przynajmniej tam gdzie byłam) jeśli w ogóle można mówić o jakichkolwiek zasadach w Indiach ;)
 
marzec 16, 2010
Głosy: +0

Anka said:

...
Nie ukrywam, że miałem ochotę na coś innego – na „myszkę trzy krzyki”. ????? ZWYRODNIALEC, LUDZKIE POPLUCZYNY, PSYCHOPATA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! TFU!!!!!!
 
marzec 17, 2010
Głosy: +0

Roman said:

...
Jestescie fajni. 80Y za noc.... Wow....Bylem w Xishuanbannah i za hotel placilem tam 600Y za noc... w Kumming ok. 1000 jak pamietam...w Beijing nie schodze ponizej 1500Y za noc. Bylem kiedyz zaproszony na lunch przez znajomego Chinczyka... bylo nas 8 osob - ja jedyny z zachodu. Facet wydal 8 tysiecy dolarow. Mial chyba ze 28 lat i budowal wiezowce w Shanghai, Shenzhen i gdzies tam jeszcze. Powiesz szczerze, w Ameryce nie widzialem takich rzeczy.
 
kwiecień 20, 2010
Głosy: +0

Andrzej Budnik said:

...
Jestem jak najbardziej w stanie w to uwierzyć - przecież Chiny to kraj ogromnych skrajności, a Tobie trochę tych luksusów zazdroszczę :P
 
kwiecień 20, 2010
Głosy: +0

Rafał said:

...
Witaj Andrzeju,

Powiedz proszę co to za hostel w tym Kantonie, w którym spaliście na Shamian Island? Bo tak się składa, ze za tydzień też tam będziemy i z tego co widzę - to ceny są naprawdę przytłaczające...
 
lipiec 19, 2010 | url
Głosy: +0

Andrzej said:

...
Ten hostel na wyspie Shamian to Guangzhou Youth Hostel, ale oplaca sie tam spac tylko jesli jestes sama. Pokoj dwuosobowy mozna mozna znalezc taniej dwie stacje metra na polnoc od Shamian Jest ich tam kilka.
 
lipiec 26, 2010
Głosy: +0

Dodasz coś od siebie? :)
mniejsze okno | większe okno

security image
Poniżej Wpisz Kod bezpieczeństwa


busy
Zmieniony ( Wtorek, 20 Kwiecień 2010 08:26 )
 

Najnowsze wpisy

O pięknej Jawajce Smukła sylwetka, delikatne rysy twarzy, długie i z...
 
Noc na porodówce wśród tarasów ryżowych Wieczorem dzwoni telefon – numer nieznany. W słuc...
 
Szukamy jachtu z Indonezji do Australii Dziś zupełnie niechronologicznie, ale powoli zaczynamy si...
 
Jawa mniej znana Po trzech dniach spędzonych w Dżakarcie zapragnęliśmy uc...
 
Kochamy Dżakartę!!! Są miejsca na Ziemi, do których chce się wracać,...
 

Ostatnio komentowane

Plan podróży dookoła świat...
dzięki za info o to mi własnie chodziło. na przyk...
darek

Ja się pytom, gdzie jest pyto...
Hehe, ale historia! Miło nam niezmiernie, że o nas ws...
Andrzej

Plan podróży dookoła świat...
Hej! To od początku: @Darek) wizy - jakie wizy poza w...
Andrzej

Kolonializm w XXI
Kolonializm w dzisiejszych czasach używa trochę innyc...
gil

O pięknej Jawajce
Alicja gratuluję ci wytrwałości w poszukiwaniach pra...
stani

Plan podróży dookoła świat...
super pomysl.. piekne plany i jak dotychczas extra ich ...
kasia

Denga w Tajlandii, Malezji, Si...
Witam... Ciekawy wątek. Ja właśnie wróciłam z Indi...
Magda

Noc na porodówce wśród tara...
sedecznie dziekuje anna
anna

W drodze od: