| Rozmowy polsko-chińskie |
| Czwartek, 04 Marzec 2010 06:59 | |||||||||||
|
Wsiedliśmy w metro i podjechaliśmy do wyspy Shamian – za czasów kolonialnych ostoja Francuzów i Brytyjczyków, dziś typowo willowa dzielnica z podobno najtańszym noclegiem w mieście. Szukamy czegoś co wyglądałoby jak hostel. Wymięci, niewyspani, spoceni i ogólnie w słabej kondycji psychofizycznej. Nagle oczom mym ukazuje się flaga. Biało-czerwona flaga. „Mam omamy. Na prawdę jest ze mną źle” – pomyślałem. Kilka sekund później Alicja, która była tuż przede mną mówi: „Patrz – Kraków na zdjęciach!” „Zwariowaliśmy oboje. Przynajmniej nie jestem sam” – myślę. Chwilę potem uprzytomniliśmy sobie, że w Kantonie miał być Konsulat RP i był :) Jak się okazało, nasz hostel prawie po sąsiedzku z „polską ziemią”, jednak nie zmienia to faktu, że ceny taniego hostelu nas przygniotły. – 60Y za łóżko w dormitory. Słyszałem, że noclegi w Kantonie są drogie, ale żeby aż tak? Tak drogo jeszcze nigdzie nie było, ale wyboru za bardzo nie mieliśmy. Wszystko inne, co nam znane (czyt. wymienione w przewodniku) jeszcze droższe. Hoteli na pewno jest w mieście sporo, ale trzeba ich poszukać na spokojnie bez plecaków. Poza tym nie mamy siły, żeby szukać innego. Decydujemy więc zostać jedną noc w tym „tanim” hostelu, a w między czasie poszukać czegoś innego. Jest około 8 rano, więc kładziemy się na 3 godzinki do łóżek, żeby trochę nabrać sił. Moim głównym motywem, aby przyjechać do Kantonu była kuchnia. Kuchnia kantońska, o której słyszałem dużo... i głownie były to ekstremalne historie. Do opowieści pt. gotowane koty i wróble już przywykłem. Nie Bardzo natomiast zaskoczyła nas ogromna ilość suszonych grzybów i hub, które podobno wnoszą sporo do kuchni kantońskiej. Jeszcze jednym ciekawym akcentem były suszone węże, jaszczurki etc. Mimo, iż wyglądało to ciekawie, to jednak za bardzo nie pachniało i nie wiadomo co by z tym można było zrobić. Poza tym lepiej już sobie kupić wódkę wężową niż suszonego węża, bo co z takim zrobić? Kruszyć codziennie po trochu do zupki chińskiej? No w sumie można... Wracając z tej dzielnicy zaczęliśmy szukać jakiegoś tańszego hotelu. Po dwóch próbach nic taniego się nie znalazło. Ceny zaczynały się od 130Y za dwójkę. Zdecydowanie za dużo i wcale nie taniej. Za trzecim podejściem trafiliśmy na typowo chiński hotel. Udało się wynegocjować 100Y za dwójkę i podobno wi-fi w cenie. Jest to już jakiś postęp i daje nam to 20Y różnicy do naszego „taniego” dormitory. Mając już coś w odwodzie zaczęliśmy grać va banque i bez pardonu atakować granicę 80Y. Czwarty hotel – nawet nie było rozmowy. Za to w piątym Chinka wyskoczyła od 130Y, szybko zeszliśmy do 90Y i na koniec zostawiliśmy sobie ostatni atut. „A może da nam Pani za 80Y, jak zostaniemy dłużej niż dwie nocy” – zapytaliśmy.. Wykonany przez nią telefon przyniósł odmowną odpowiedź. Został więc ostatni manewr – wyjście z hotelu bez akceptacji jej ceny. Zatrzymała nas. Jest za 80Y – to na prawdę całkiem niezła cena jak na Kanton, co więcej pokój był z własną łazienką i dostępem do Intenetu, który jak się potem okazało pozwolił mi w przeciągu chwili wrzucić dużo zdjęć i wszystkie filmiki na stronę. Czegoś takiego szukaliśmy. Pierwszy z 6 dni spędzonych w Kantonie właśnie się kończył. Nad ranem dnia drugiego zebraliśmy się szybko i w związku ze zmianą noclegu i opuszczeniem wyspy Shamian postanowiliśmy pochodzić sobie właśnie między willowymi, pokolonialnymi budynkami wysepki. Dużo zieleni, architektura trochę podobna do wyspy Gulangyu w Xiamen, ładny kościółek, pod którym oczywiście cztery sesje zdjęciowe na raz, co chwilę zamieniały się miejscami. Dało mi to kolejną okazję ku temu, aby popstrykać trochę zdjęć chińskim młodym parom, o czym było w poprzednim odcinku. Do tego ładna pogoda. W końcu mocne ciepłe słońce, którego tak bardzo nam brakowało od wyjazdu z prowincji Xinjiang. Ta część Kantonu zrobiła na nas pozytywne wrażenie i jeśli ktoś lubi takie klimaty, to zdecydowanie polecam Kanton do odwiedzenia. Po południu przyszedł czas na bardziej lokalne atrakcje – kantońskie świątynie i parki, które były zaznaczone w przewodniku. Podkreślam to specjalnie, gdyż dnia następnego chiński kolega, którego poznałem w Po dłuższej analizie doszedłem w końcu do pewnych przemyśleń. Świątynia ta nie była zamieszczona w przewodniku = zero turystów. Po drugie, nikt nie pobierał opłaty za wstęp, co przy tego rodzaju atrakcjach w Chinach jest wręcz nie do pomyślenia. Zawsze kasują nawet 5-10Y i zdecydowanie tego mi „brakowało” przy wejściu do niej. Poza tym, nie kręcili się żadni mundurowi, co zwykle przy takich miejscach się zdarza. Dziwne to było miejsce i na swój sposób przez to dość wyjątkowe i tym samym zdecydowanie godne polecenia, o ile je znajdziecie. Przy tej okazji z naszym nowym chińskim kolegą ucięliśmy sobie pogawędkę o ludziach jego wieku w Guangzhou, stosunku do religii i jeszcze jednej rzeczy. Jak mówi, wielu z nich nie ma nic przeciwko świątyniom zarówno buddyjskim, taoistycznym czy konfucjańskim. Sami jak i mój rozmówca, czasem w niewielki sposób identyfikują się, z którąś z tych religii, ale to jest dość płytkie. Zwykle ogranicza się do kupienia za 1-2Y kadzidełek tak przy okazji i zapalenie ich. Na tym się to kończy. Tak właśnie poznaliśmy pewien sekret skrywany przed obcokrajowcami, a jak sobie zacząłem przypominać sytuację z hotelem np. w Pekinie, gdzie kobieta oderwała się od obiadu ze znajomymi, aby zaprowadzić nas do hotelu, wszystko ładnie ułożyło mi się w całość. Też zarabiała tak jak Zhao. Tego samego wieczora zrobiliśmy z Alicją wielkie zakupy w Tesco, które pomógł nam pokazał Zhao. Był prawdziwy chleb, żółty ser, czyste białe mleko i inne frykasy, które dla Was są dniem powszednim, a dla nas rarytasem z najwyższej półki tylko od święta. Wtedy też doszła do mnie kolejna prawda – zaczynam lubić sieciówki i chyba od dziś będę inaczej patrzeć na Tesco, którego w Polsce staram się unikać faworyzując małe sklepiki osiedlowe. Punkt widzenia po raz kolejny zależy od punktu siedzenia. Ciąg dalszy przygód z Guangzhou. Obejrzyj pełna galerię zdjęć z Guangzhou. Komentarze (9)
![]()
Ania Malinowska
said:
|
|
... takie triki w Indiach są na porządku dziennym. rikszarz wiezie cię do hotelu i dostaje swoją dolę, wprowadzi Cię do knajpy, dostaje kasę. Nawet w sklepie mu płacą za twoją wizytę. Rada: jeśli nie chcecie nic kupować a chcecie pomóc takiemu naganiaczowi się wzbogacić to nie wychodzcie wcześniej niż po 5 minutach ;) |
|
|
... Jestescie fajni. 80Y za noc.... Wow....Bylem w Xishuanbannah i za hotel placilem tam 600Y za noc... w Kumming ok. 1000 jak pamietam...w Beijing nie schodze ponizej 1500Y za noc. Bylem kiedyz zaproszony na lunch przez znajomego Chinczyka... bylo nas 8 osob - ja jedyny z zachodu. Facet wydal 8 tysiecy dolarow. Mial chyba ze 28 lat i budowal wiezowce w Shanghai, Shenzhen i gdzies tam jeszcze. Powiesz szczerze, w Ameryce nie widzialem takich rzeczy. |
|
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
|
• Plan podróży dookoła świat... dzięki za info o to mi własnie chodziło. na przyk...
|
| darek |
|
• Ja się pytom, gdzie jest pyto... Hehe, ale historia! Miło nam niezmiernie, że o nas ws... |
| Andrzej |
|
• Plan podróży dookoła świat... Hej! To od początku: @Darek) wizy - jakie wizy poza w... |
| Andrzej |
|
• Kolonializm w XXI Kolonializm w dzisiejszych czasach używa trochę innyc... |
| gil |
|
• O pięknej Jawajce Alicja gratuluję ci wytrwałości w poszukiwaniach pra... |
| stani |
|
• Plan podróży dookoła świat... super pomysl.. piekne plany i jak dotychczas extra ich ... |
| kasia |
|
• Denga w Tajlandii, Malezji, Si... Witam... Ciekawy wątek. Ja właśnie wróciłam z Indi... |
| Magda |
|
• Noc na porodówce wśród tara... sedecznie dziekuje anna |
| anna |